Tomasz Mroczny

[Thomas l'Obscur, 1950]

Tomasz usiadł i wpatrzył się w morze. Przez pewien czas trwał w bezruchu, jak gdyby zjawił się tam tylko po to, by śledzić poruszenia innych pływaków, i chociaż mgła nie pozwalała mu sięgnąć wzrokiem daleko, pozostał tam, ze spojrzeniem utkwionym w owych ciałach, które z trudem utrzymywały się na wodzie. Potem, kiedy musnęła go fala trochę silniejsza, zszedł piaszczystym zboczem i wślizgnął się pomiędzy spiętrzone wody, które z miejsca go pochłonęły. Morze było spokojne, a Tomasz zwykle pływał długo i bez zmęczenia. Dzisiaj jednakże wybrał sobie nową trasę. Brzeg spowijała mgła. Nad morzem zawisła chmura i tafla wody tonęła w poświacie, jedynej rzeczy, która zdawała się istnieć realnie. Prądy targały nim, nie dając mu zarazem poczucia, że jest pośród fal i obraca się wśród znanych sobie żywiołów. Podejmował wysiłki, aby popłynąć, lecz przekonanie, że wody nie ma, nadawało owym staraniom charakter bezużytecznych ćwiczeń, przepełniając go zniechęceniem. Być może wystarczyłoby mu tylko nad sobą zapanować, by odpędzić podobne myśli, ale Tomasz nie miał na czym zawiesić spojrzenia i zdawało mu się, że kontempluje pustkę w nadziei, iż pomoc nadejdzie. Wówczas właśnie wzburzone wiatrem morze rozszalało się. Burza zmąciła je, rozpędzając wody w niedostępne rejony, gwałtowne podmuchy szarpały niebo, a zarazem panowała taka cisza i taki spokój, jakby już wszystko uległo zniszczeniu. Tomasz usiłował wydostać się spod naporu mdłych fal. Przenikliwy chłód paraliżował mu ramiona. Woda kołowała wirami. Czy naprawdę była to woda? Niekiedy piana tańczyła mu przed oczami niczym białawe płatki, niekiedy nieobecność wody przybierała realne kształty i gwałtownie go unosiła. Oddychał wolniej, przez chwilę trzymał w ustach ten sam płyn, którego masy podmuchy wiatru przetaczały przez jego głowę: letnia słodycz, dziwny napój człowieka pozbawionego smaku. Potem, czy to wskutek zmęczenia, czy też z racji jakiejś nieznanej przyczyny, jego własne członki zrodziły w nim takie samo poczucie obcości jak woda, w której się poruszały. Owo doznanie z początku zdało mu się niemal przyjemne. Pływając, ścigał urojenie, że stapia się z morzem. Upojony poczuciem, że wychodzi poza siebie, wnika w pustkę i rozpływa się w myśli wody, zapominał o wszelkich utrudnieniach. A nawet, kiedy owo idealne morze, jakim coraz bardziej się stawał, na powrót stało się morzem rzeczywistym, w którym niemal tonął, nie poczuł należnego wzruszenia: było z pewnością coś nieznośnego w tym pływaniu bez celu, z ciałem, które służyło mu wyłącznie do myślenia o pływaniu, ale odczuwał też ulgę, jakby wreszcie znalazł klucz do całej sytuacji, jakby wszystko sprowadzało się do tego, że jego nieobecne ciało odbywa tę bezkresną podróż w nieobecnym morzu. Złudzenie nie trwało długo. Zmuszony był przewracać się z boku na bok, niczym dryfujący statek, w wodzie, która dawała mu ciało zdolne do pływania. Jakież miał wyjście? Czy miał walczyć, aby nie uniosła go fala, która była jego ramieniem? Miałże zatonąć? Z goryczą zatopić się w sobie? Był to z pewnością moment, aby się wycofać, ale pozostawała mu jeszcze nadzieja, płynął zatem dalej, jakby w głębi swej przywróconej jaźni odkrywał nowe możliwości. Płynął, monstrum pozbawione płetw. Oglądany pod potężnym mikroskopem, stawał się zuchwałym splotem rzęs i wibracji. Pokusa nabrała zupełnie niezwykłego odcienia, kiedy z kropli wody starał się przeniknąć w rejony mgliste, choć zarazem nieskończenie określone, w jakby święte miejsce, tak mu bliskie, że wystarczało mu być tam, aby w ogóle być; była to jakby urojona nisza, w której się zagłębiał, bo nim jeszcze zdołał ją wypełnić, widniał tam już odcisk jego ciała. Uczynił zatem ostatni wysiłek, by przedostać się tam całym sobą. Było to łatwe, nie napotkał żadnej przeszkody, odnajdował siebie, łączył się z samym sobą, zajmował miejsce, do którego nikt inny nie mógł przeniknąć.

W końcu musiał wrócić. Bez trudu odnalazł powrotną drogę i postawił stopę w miejscu, z którego skakali nurkowie. Zmęczenie zniknęło. W uszach nadal słyszał szum, piekły go oczy, czego należało się spodziewać po zbyt długim pobycie w słonej wodzie. Pojął to, kiedy odwracając się w stronę bezkresnej tafli, w której przeglądało się słońce, usiłował dociec, w jakim kierunku uprzednio się oddalił. Miał przed sobą prawdziwą mgłę i wszystko zwracało nań swoją uwagę w zmąconej pustce, którą przebijało jego rozgorączkowane spojrzenie. Kiedy tak czegoś wypatrywał, dojrzał mężczyznę, który płynął daleko, na wpół zagubiony na linii horyzontu. Odległość była tak wielka, że pływak nieustannie mu się wymykał. Tomasz widział go, po chwili przestawał widzieć, a jednak miał poczucie, że śledzi wszystkie jego ewolucje: i nie tylko zawsze je dostrzega, ale sam jest coraz bliżej, osiągając ten stopień zażyłości, jakiego nie zdołałby zapewnić żaden inny kontakt. Stał tak długo, patrząc i czekając. Było w tej kontemplacji coś bolesnego, jakby przejaw zbyt wielkiej wolności, uzyskanej dzięki zerwaniu wszelkich więzów. Jego twarz nachmurzyła się i nabrała szczególnego wyrazu. […]

Przełożyła Anna Wasilewska

Tekst według: Maurice Blanchot, Tomasz Mroczny, przeł. A. Wasilewska, "Literatura na Świecie" nr 10, 1996, s. 4-5.

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 License