[La folie du jour, 1948]
Nie jestem człowiekiem uczonym. Ani ignorantem. Zaznałem radości. To za mało powiedziane: żyję i życie to sprawia mi największą przyjemność. No a śmierć? Kiedy umrę (być może lada godzina), doznam ogromnej przyjemności. Nie mówię o przedsmaku śmierci, który jest często niemiły i mdły. Cierpienie otępia. A jednak godna uwagi prawda, w którą nie wątpię, jest taka: doświadczam bezgranicznej przyjemności żyjąc i doznam bezgranicznej satysfakcji umierając.
Błądziłem, przenosiłem się z miejsca na miejsce. Byłem stateczny, mieszkałem w pojedynczym pokoju. Byłem biedny, potem bogatszy, potem biedniejszy niż wielu. Będąc dzieckiem miałem wielkie namiętności i dostawałem wszystko, czego zapragnąłem. Moje dzieciństwo przepadło, młodość została po drodze. To bez znaczenia: rad jestem z tego, co było; cieszy mnie to, co jest, i odpowiada mi to, co ma być.
Czy moje życie jest lepsze niż życie innych ludzi? Być może. Mam dach nad głową, wielu go nie ma. Nie mam trądu, nie jestem ślepy, widzę świat, co za niezwykłe szczęście. Widzę ten dzień, poza którym nie ma nic. Kto mógłby mi to zabrać? A gdy dzień zacznie znikać z oczu, ja będę znikał razem z nim i jest to myśl, pewność, która mnie porywa. Kochałem ludzi; traciłem ich. Wpadałem w szał, kiedy dosięgał mnie taki cios, bo to jest piekło. Ale moje szaleństwo pozostawało bez świadków, obłęd nie objawiał się; jedynie moje najskrytsze istnienie było szalone. Niekiedy wpadałem w furię. Mówili: czemu jesteś taki opanowany? Otóż: płonąłem od stóp do głów; nocą przebiegałem ulice i wyłem; za dnia pracowałem spokojnie.
Wkrótce potem rozpętało się szaleństwo świata. Jak wielu innych postawiono mnie pod murem. Po co? Po nic. Karabiny nie wystrzeliły. Powiedziałem do siebie: Boże, co robisz? Wtedy przestałem być szalony. Świat zawahał się, a potem odzyskał równowagę.
Kiedy powrócił rozum, wróciła też pamięć i zrozumiałem, że nawet w najgorsze dni, kiedy mogłem sądzić, że jestem całkowicie i na wskroś nieszczęśliwy, byłem przecież, i to prawie przez cały czas, niezmiernie szczęśliwy. Dało mi to do myślenia. Takie odkrycie nie było przyjemne. Wydawało mi się, że dużo tracę. Zadałem sobie pytanie: czy nie byłem smutny, czy nie czułem, że moje życie rozpada się? Tak, tak właśnie było, a przecież w każdej minucie, kiedy wstawałem i krążyłem po ulicach, kiedy tkwiłem w kącie pokoju bez ruchu, dzięki chłodowi nocy i stabilności ziemi mogłem odetchnąć i pokrzepić się radością. […]
przełożył Andrzej Sosnowski
Tekst według wydania: M. Blanchot, Szaleństwo dnia, przeł. A. Sosnowski, "Literatura na Świecie", nr 10, 1996, s. 81-82.





