Zagadnienie sztuki

[L’espace littéraire, 1955]

[…] Jak miewa się sztuka, jak się miewa literatura? Czyżby sztuka była dla nas przeżytkiem? Ale po cóż to pytanie? Niegdyś była ponoć językiem bogów, ponieważ jednak bogowie zbiegli, pozostała językiem, jakim przemawia ich nieobecność, brak, wahanie, które nie rozstrzygnęło jeszcze o ich losie. Ponieważ nieobecność się przedłuża, traci na głębi, stając się nieobecnością i zapomnieniem samej siebie, wydaje się zatem, że usiłuje stać się swoją własną obecnością, wcześniej ofiarowując człowiekowi sposób, aby się rozpoznał i spodobał samemu sobie. To stadium sztuki określane jest jako humanistyczne. Oscyluje między skromnością pożytecznych dokonań (literatura w coraz większym stopniu zmienia się w skutecznie oddziałującą i ciekawą prozę) a jej czcza duma, że stanowi czystą esencję, najczęściej wyraża się w triumfie subiektywnych nastrojów: sztuka staje się stanem duszy, „krytykiem życia", niepotrzebną pasją. Poetycki znaczy subiektywny. Sztuka przybiera postać artysty, artysta zaś otrzymuje postać człowieka w tym, co najpowszechniejsze. Sztuka wyraża się w tej mierze, w jakiej artysta u o s a b i a człowieka, człowieka, którym on jest nie tylko jako artysta.

Początkowo można więc sądzić, że główna cecha sztuki „humanistycznej" tkwi w naśladownictwie, albo też w gromadzeniu ludzkich zainteresowań, wydaje się więc, że aby powrócić do tego, co istotne i niezależne, wystarczyłaby rezygnacja z tych podporządkowanych zadań. Realistyczna imitacja to jednak tylko cecha pozorna. Podobnie jak kartezjańskie przedstawienie mieści w sobie siłę nauki (moc podboju, podbijania rzeczywistości, poprzez jej zanegowanie i przekształcenie), tak artysta staje się tym, co przedstawiając przekształca, twórcą, ale twórcą człowiekiem, tworzącym zawsze na poziomie człowieka, zrozumiałym w swojej zdolności tworzenia i działania zgodnego z wolą mocy, a jego troska realizatora i umysł, które potrzebują przedmiotu, aby się w nim rozpoznać, ukazują nam jego prawdziwą naturę. To, że sztuka sławi się poprzez artystę twórcę, oznacza jej wielkie zafałszowanie. Sztuka godzi się podporządkować temu, kto ją uprawia, godzi się w nim wyczerpać.

Wiadomo, że głęboki zamęt sztuki w bardziej oczywisty sposób ujawnia się w literaturze, która dzięki kulturze i formom języka, otwiera się natychmiast na rozwój historycznego działania; zagubienie to, które każe jej szukać swego sensu w egzaltacji wartości, choć te mogą ją jedynie podporządkować, ujawnia skrępowanie artysty w świecie, gdzie czuje się niepotrzebny. Znaczenie pojęcia twórcy wiele mówi w tym względzie. Niejasność uczyniła je wygodnym, pozwala bowiem sztuce chronić się w bierną głębię ja, w genialną intensywność, w serce Pascala, gdy ów Kartezjuszowi i własnej metodycznej pracy mówi: „To śmieszne, niewarte godziny trudu". Kiedy indziej zaś przyznaje mu prawo rywalizowania w świecie władzą i autorytetem, czyniąc artystę realizatorem, doskonałym wytwórcą, strzegąc go przed anonimowością kolektywnej pracy i zapewniając, że jest indywidualnością lub człowiekiem wielkiego formatu: twórca jest zawsze kimś wyjątkowym, pragnie pozostać tym, kim jest sam w sobie, kimś nieuproszczonym, bogactwem, którego miarą nie może być największe nawet działanie.

Powiedzmy więcej, ponieważ rzecz wyraża się nieustannie w sposób niezwykle naiwny lub niezwykle subtelny, twórca to określenie, którego artysta się domaga, wierząc, że sięga tym samym po puste miejsce, jakie zostało po bogach. Ambicja to osobliwie myląca. Złudzenie, które każe mu wierzyć, że zyska boskość, obejmując najmniej boską funkcję boga, funkcję nie uświęconą, która czyni Boga wyrobnikiem sześciu dni, demiurgiem „do wszystkiego". Złudzenie, które na dodatek przesłania pustkę, w jakiej sztuka musi się zamknąć, a którą niejako sam artysta musi chronić, jakby owa nieobecność stanowiła głęboką prawdę i kuszącą formę jego własnej esencji.

Atrybutem boskości w całym tego słowa znaczeniu twórca staje się tylko w początkach przyspieszonego okresu historii, gdy człowiek zmienia się w czyste ja, w pracę, realizację i wymóg obiektywnego spełnienia. Artysta, który uważa się za twórcę, nie jest spadkobiercą świętości, włącza jedynie w swoje dziedzictwo najznamienitszą zasadę własnego podporządkowania. […]

przełożyła Wanda Błońska

Tekst według: Maurice Blanchot, Przyszłość i zagadnienie sztuki, "Literatura na Świecie" nr 10, 1996, s. 102-103.

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 License