Doświadczenie Prousta

[Le livre à venir, 1959]

Czy istnieć może czyste opowiadanie? Każde opowiadanie, choćby powodowane dyskrecją, pragnie skryć się w powieściowej gęstości. Proust jest jednym z mistrzów tej skłonności. Zmyślona żegluga opowiadania, która innych pisarzy prowadzi ku nierzeczywistej migotliwej przestrzeni, u Prousta nakłada się jakby na żeglugę jego rzeczywistego życia, tę właśnie, która — mimo zasadzek świata i niszczącej pracy czasu — doniosła go do cudownego miejsca, gdzie spotkał wydarzenie umożliwiające wszelkie opowiadanie. Co więcej, to spotkanie nie tylko nie naraża go na przepastną pustkę, ale przeciwnie, zdaje się przynosić jedyną przestrzeń, gdzie ruch jego istnienia zostanie zrozumiany i, co najważniejsze, odtworzony: rzeczywiście doznany i rzeczywiście spełniony. Wtedy tylko, kiedy niczym Ulisses ogarnia wzrokiem wyspę syren — tam gdzie słyszy enigmatyczny śpiew — cała jego długa i żmudna włóczęga skupia się i urzeczywistnia w kilku chwilach prawdziwych, które uobecniają minioną przecież podróż. Szczęśliwa, zdumiewająca zbieżność! Jakże jednak pisarz mógł „dojść aż tutaj", skoro „tutaj" właśnie musiał już być, aby uprzednia i jałowa wędrówka stała się prawdziwym, rzeczywistym ruchem, zdolnym go tu doprowadzić?

Z właściwych opowiadaniu osobliwości czasu, osobliwości, które przenikają również jego życie, wyłania Proust — w fascynującym zmieszaniu — środki, jakie pozwolą mu również ocalić czas rzeczywisty. Jest w jego dziele splątanie wszystkich form czasu, kłamliwe może, ale cudowne. Nigdy dobrze nie wiemy — i wkrótce on sam przestaje wiedzieć — jakiemu czasowi przyporządkowane zostaje odtwarzane wydarzenie: czy ma ono miejsce w świecie opowiadania, czy też zjawia się dlatego, aby pojawiła się ta chwila opowiadania, od której poczynając wszystko, co się do tej pory stało, zmienia się w prawdę i rzeczywistość. Podobnie Proust, mówiąc o czasie i żyjąc tym, o czym mówi, nie mogąc zaś mówić inaczej niż w porządku owego innego czasu, który w nim samym jest słowem — Proust więc miesza i myli (niekiedy umyślnie, nieraz jakby we śnie) wszystkie sprzeczności, wszystkie sposoby, dzięki którym czas staje się czasem. W końcu więc zaczyna żyć trybem czasu opowiadania i odnajduje we własnym życiu magiczne zbieżności, które pozwalają mu je opowiedzieć albo przynajmniej rozpoznać w nim ten ruch przemiany, jakim zmierza ono ku dziełu i ku czasowi dzieła, gdzie się ostatecznie spełni. […]

Tekst według: Maurice Blanchot, Doświadczenie Prousta, przeł. J. Błoński, [w:] J. Błoński [red.], Proust w oczach krytyki światowej, Warszawa 1970, s. 253-254.

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 License